Szajnochy 11

pobrane (2).jpeg

Pierwsze w życiu sushi jadłam na Szajnochy 11. Znajomy polecił to miejsce jako najlepsze we Wrocławiu i być może jedno z lepszych w Polsce w tam tym czasie. Minęło kilka lat, przyznaję - wtedy miał rację, bo ostatnio forma kuchni to ruletka.

Długo szefem kuchni był znany Tomasz Hertman, który swoje doświadczenie kulinarne zdobywał w Danii, ucząc się od kucharzy związanych z słynną NOMĄ nowatorskiego podejścia do komponowania smaków. Późniejszym szefom z powodzeniem udało się utrzymać markę i pozycję w czołówce najlepszych restauracji sushi w Polsce, co potwierdzały wyróżnienia.

O sushi nie bez przesady mówi się jak o sztuce. To sprawa delikatna, tu role główne odgrywają niuanse i jakość składników. Zbyt dojrzałe avocado, za mało tłusty ser czy źle oprawiona ryba - wszystko ma wpływ na smak. Szajnochy 11 samodzielnie selekcjonuje ryby i owoce morza, które sprowadza z holenderskiej giełdy i oprawia na miejscu. Przy któreś z wizyt mieliśmy okazje posłuchać Patryka Seroczyńskiego i przekonać się, że ekipa z Szajnochy to profesjonaliści, którzy mają ogromną wiedzę. To podejście jest niewątpliwie wyróżnikiem restauracji.

Od roku miałam zamiar napisać o Szajnochy 11, bo to jedno z ulubionych miejsc we Wrocławiu. Długo próbowałam tłumaczyć "gorsze rolki", ale od roku to seria rozczarowań z kilkoma wyjątkami. Kawałki ryby są wyraźnie mniejsze niż kiedyś, ryż bywał za miękki lub niedogotowany, zamówienia nie raz pomylone, rolki niechlujne. Nie wszystko da się wytłumaczyć ponownym formowaniem zespołu. Czar tego miejsca dla mnie prysnął. Brakuje nowego otwarcia, pomysłu na kartę i serca. To nadal dobre miejsce, ale dziś Szajnochy 11 odcina kupony od złotych czasów i daleko im do czołówki.